chwilowa-irytacja blog

Twój nowy blog

.

Brak komentarzy

przeprowadziłam się.
o tu :)

wózek

3 komentarzy

Wróciłam dziś z pracy w dziwnym stanie.. po pierwsze dziwnie i „za bardzo” zmęczona, po drugie z zepsutym na sam koniec dnia humorem a po trzecie z mętlikiem w głowie. Zmęczona tym, że dziś pracowałam sama w Old School i miałam dwa razy tyle pracy co zwykle. Emocjonalnie wybuchłam pod koniec dnia pracy z powodu szefowej – nie mogącej mnie znaleźć przez 20 minut- postawiła na nogi połowę personelu. Moje tłumaczenia, że byłam w socjalroomie i tam sprzątałam zupełnie do niej nie dotarło, bo twierdziła, że była tam 4 min wcześniej i mnie wołała. Odpowiedziałam jej, że najwidoczniej nie dość głośno mnie wołała, bo obok jest pralnia i miałam prawo jej nie słyszeć. Kolejne pół godziny litanii na temat tego, że mam jeszcze tyyyyyyle do zrobienia i tylko pół godziny do końca pracy. Odpyskowałam jej. Wiem, nie powinnam. Ale była wyjątkowo opryskliwa  w tym momencie, a ja wyjątkowo zmęczona i głodna. Powiedziałam, że zrobiłabym więcej gdybym nie musiała tu teraz stać, bo co mam robić to ja dobrze wiem, a jak nie wiem to umiem sama przyjść i zapytać. Jej mina bezcenna. Bardzo szybko zabrała się znowu do swojego zajęcia, które jej przerwałam, czyli do zwijania sobie papierosów na biurku. A ja poszłam kopnąć kubeł na śmieci na tyłach budynku, bo normalnie… no wiecie. No nie mogłam. A w między czasie zastanawiałam się nad tym, co powiedziała mi Dot (szefowa właśnie) rano. Rano czyli wtedy, kiedy miała jeszcze dobry humor i była w stanie normalnie rozmawiać. I tak myślę o tym do tej pory, i biję się z myślami…Ba! Nawet nie wiem do końca co o tym wszystkim sądzić..  Nigdy nie myślałam o tym, że mogłabym zostać opiekunką albo pielęgniarką w Wielkiej Brytanii i móc zarabiać 35 do 50 tysięcy funtów rocznie.. Nigdy nie chciałam też bez przymusu (typu chora mama czy babcia) zajmować się ciężko chorymi ludźmi. Z czym się to wiąże każdy wie. Ani to lekka, ani przyjemna specjalnie praca. Może dać satysfakcję, może dać pieniądze, może dać niemal pewność na zatrudnienie gdziekolwiek. I oto otwierają się przede mną drzwi w tym właśnie kierunku, carer a potem nurse, jeśli będę chciała. Nie teraz, może za pół roku, rok. Ale jestem w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie żeby wskoczyć na ten wózek. Tylko pytanie czy to na pewno mój wózek? No i co jeśli nie ten? Zęby w tynk za 5 czy 10 lat? Nie wiem czy i kiedy uda mi się zrobić grafikę i ilustratorstwo tutaj… i czy da mi do pieniądze…. pomocyyyy…..

Żałosna próba kopiowania mnie i mojego stylu. Żałosna próba udowodnienia sobie i innym, że jest kimś innym niż jest w rzeczywistości. Żałosna słodkość wylewająca się z najbardziej egoistycznej istoty, jaką znam. Żałosna razy dziesięć. Wkurwia mnie do imentu! Koleżanka.. Dobre sobie! Rzygam i mam jej dość. I wolę nie mieć nikogo tutaj, niż ją jedną.  I to coś więcej, niż zwykła, babska zazdrość. Bynajmniej…

takie

3 komentarzy

Chciałam napisać, że… Ale nie, nie mogę no. To takie głupie.

refleksja

3 komentarzy

Obserwuję
od dawna wiele blogów. Jedne czytam z przyzwyczajenia, inne
przeglądam z ciekawości a jeszcze inne należą do osób mi w jakiś
sposób bliskich. I każdy pisze te swoje blogi na swój własny,
ciekawy sposób… A ja ostatnio nie mam ani weny ani czasu ani siły.
I irytuję się, i denerwuję… Bo do niedawna pisanie bloga było
dla mnie bardzo ważnym, codziennym zwyczajem… Jeszcze niedawno
moje życie było nudne jak flaki z olejem i mogłam całymi wręcz
godzinami skupiać się na sobie, swoich emocjach i wewnętrzu. A
teraz jestem zajęta pracą, zmęczona pracą, załatwianiem różnych
głupich spraw urzędowo-emigracyjnych i padam na pysk ze zmęczenia.
Nie stać mnie już na głębsze przemyślenia i wywnętrzanie się z
emocji, które spadły na dalszy plan w konfrontacji z codziennością.
Z brakiem czasu i siły. Bo co ciekawego mogę opisać po dniu
spędzonym wśród chorych i nieszczęśliwych ludzi?…. Zastanawiam
się nad zamknięciem bloga, który i tak nie wiele wnosi do życia
innych osób, a co ważniejsze wierci mi w brzuchu dziurę i powoduje
wyrzuty sumienia w stosunku do samej siebie..

Często
mam problem z jakimś sensownym wstępem do notki. No ale. Dziś
miałam problem nie tylko z tym. Po powrocie z pracy (w której
przeżyłam traumę) miałam kurewską migrenę. I nie miałam
internetu. No padł. I zasnęłam z laptopem na kolanach. Obudziłam
się trzy godziny później, z jeszcze większą migreną. Wypiłam
cydr truskawkowy, którego połowa wylądowała na dywanie w sypialni
i na mojej białej pracowej bluzce.  Bywa… Mogłam nie rzucać
butelki na łóżko niosąc ze sobą dziesięć innych rzeczy w dwóch
tylko rękach.
Sen nie przyniósł mi ulgi, ale o tym już chyba
pisałam. I tak się męczyłam całe popołudnie i pół wieczoru
czarując wzrokiem czerwone światełko pierdolnika wetkniętego w
port usb, aby nastała w końcu zieloność, ale nie chciała nastać,
albo nastawała na 10 minut po czy znów czerwieniała z zazdrości.
I tak w kółko. Do kwadratu no. W akcie desperacji wypiłam
kolejnego cydra, tym razem gruszkowego. Zapiłam nim nawet dwa
paracetamole. Oczywiście bez efektu. I bez sensu zupełnie.. W akcie
desperacji zwlokłam dupsko z łóżka, i tak jak stałam, czyli w
spodniach dresowych i koszulce na ramiączkach zlazłam na dół,
podniosłam z podłogi i założyłam bluzę z kapturem, przy
drzwiach wsadziłam na nogi rozkapciałe japonki małża (który
siedzi do 22 w pracy) i wyszłam z domu. Tadaaaa. Wzięłam z ogrodu
rower i pojechałam w deszczu do sklepu. Po faje. Bo mi się
skończyły. Nawet nie wiedziałam, czy sklep będzie jeszcze otwarty
(była prawie 21). Ale był. Wyciągnęłam z konta ostatnie 20
funtów, weszłam do sklepu, ściągnęłam z głowy kaptur (w Anglii
zakaz kapturów w sklepach, dziwne nie?) i ziewając mówię do
młodego wytatuowanego kolesia za ladą „green richmonds please,
zieew”. On na to „excuse me, what?”. No to powtarzam i
przepraszam jednocześnie „sorry for yawning, green richmond, on
the shelf there..” pokazuję palcem. Dostaję to, po co
przyjechałam. Płacę. Wsadzam pieniądze i paczkę papierosów do
kieszeni bluzy. Koleś mówi wyraźnie rozbawiony „Cheers”
na pożegnanie a ja pedałuję z powrotem do domu, palę fajkę w
ogrodzie, chowam rower i gramolę się znowu do łóżka. I pisze
notkę. Deszcz trochę mnie orzeźwił. Ale tylko na chwilę..





Dziś rano tuż przed 10 przyjechała dostawa z moimi zakupami z Tesco. Obłowiłam się jak norka w herbaty, indyjskie i tajskie przyprawy, kilogramy chilii, imbiru i trawy cytrynowej.  Już od wczoraj cała się trzęsłam z radości na samą myśl o ugotowaniu curry z prawdziwego zdarzenia! Tym razem moje czarnowidztwo o kant dupy rozbić, bo nie zapomniałam o żadnym składniku i mogłam się oddać wątpliwej przyjemności siekania i rozgniatania glówek czosnku, cebuli, czerwonej i zielonej papryki chilli i trawy cytrynowej. Ale co tam, nie straszne mi opary ziejące z blendera, dowaliłam jeszcze tak na oko pół kilo różnych dziwnych przypraw (kilku z nich nie znałam wcześniej i -nadal- nie potrafię wymówić ich nazw) i zaczęłam ceremonię przyrządzania indyjskiego curry z kurczakiem.
Nie byłabym sobą (co nadzwyczaj często powtarzam), gdybym w przedbiegach nie zamknęła z trzaskiem laptopa uzbrojonego w profesjonalne przepisy i porady dotyczące kuchni indyjskiej. Zachrobotał nieszczęśnie tylko i padła mu bateria, a ja odświerzyłam jedynie przepis, który dostałam od znajomego hindusa z pracy. I słusznie, bo przygotowana własnoręcznie pasta curry jest o niebo lepsza od tej ze słoika, o której mowa w wielu książkach! Poza tym uwielbiam te niespodziankę smakowo-zapachową, kiedy moje curry za każdym razem pachnie i smakuje inaczej, mimo tych samych składników. Oczywiście to kwestia doboru i równowagi między przyprawami suchymi i mokrymi (dajmy na to nasiona kuminu contra pasta z tamaryndowca).
Efekt cudowny, ale co ja będę samą siebie chwalić. Z chęcią ugotowałabym curry po raz kolejny aby poddać się krytyce nieco bardziej wysmakowanym i wrażliwym podniebieniom (niż te brytyjskie), ale póki co nie zanosi się na to, więc możecie sobie pooglądać jedynie zdjęcia.



..kulinarnie.
Dostępność produktów, setki zapisanych i nigdy nie wypróbowanych
przepisów, trochę wolnego czasu (mimo pracy, tak tak), własna
ciasna kuchnia. Robię zakupy w Tesco (zupełnie inna bajka niż w
Polsce) online, wybieram dzień i godzinę dostawy, za co płacę 5
funtów. Return tickets to town dla mnie i dla małża to impreza za
11 funtów. Nie trudno więc policzyć, że finansowo, logistycznie i
wygodnicko wychodzi nas to duużo korzystniej. Czy wyobrażacie sobie
leżeć w łóżku z laptopem, popijając najlepszą z najlepszych
brytyjską kranówkę i wybierać sobie do wirtualnego koszyka chleb,
mleko, szynkę… a za chwilę listki kaffir, dry corriander seeds,
scallops i cydr, płyn do kąpieli, mango… aż po srajtaśmę,
trawę cytrynową i maliny? Jest mi z tym mega wygodnie. I nie tracę
czasu ani pieniędzy na dojazdy. Nie bolą mnie nogi od biegania
między regałami (no dobra, bolą. i to bardzo. ale to po pracy). 
Jakość i ilość produktów czasem mnie przytłacza. Niebywałe.
Nie martwię się chwilowo cenami, choć to może za dużo
powiedziane.. Jest w każdym razie inaczej i lepiej niż w domu. Hmm
w domu…? Rozpędziłam się z tym stwierdzeniem chyba :) Moja
idolka śpiewała kiedyś, że dom to nie miejsce lecz stan…
Raz
w tygodniu piekę ciasto, ostatnio było półkruche z malinami i
skórką cytrynową. Wersja robocza na zdjęciach poniżej. Wyszło
absolutnie genialne i koniecznie do powtórki. Niesmaczne żarty
Alana na temat ilości insuliny, jaką powinnam sobie wstrzyknąć po
zjedzeniu ciasta doprowadzają mnie do szału. Co za dużo, to nie
zdrowo – w  o b u  przypadkach.
Jutro robimy gołąbki,
na które sprosił się wyżej wymieniony wraz ze średnio wesołą
trzodą w postaci córki wnuczki i kochanki. W środę natomiast
rzucam się w wir przypraw indyjskich z zamiarem wyprodukowania
prawdziwego curry. Pewnie znowu zapomniałam zamówić jakiegoś
składnika – jeśli faktycznie pamięć mnie zawiodła curry nie
będzie. Nie idę na łatwiznę ani profanację. Wystarczy, że
Brytyjczycy się w tym specjalizują. A ja ani specjalistka, ani tym
bardziej brytyjka. I chyba całe szczęście.




old school

4 komentarzy

Jakimś szczęśliwym
trafem dostałam dwa dni wolnego pod rząd. Strasznie mi to potrzebne
było, bo chodziłam i wyglądałam już jak rasowy zombie. Zazwyczaj
wracam z pracy tak zmęczona i obolała, że nie mam nawet siły
gotować obiadu, nie mówiąc już o wychodzeniu z domu. Zazwyczaj
ściągam buty i rzucam się na kanapę starając się nie napiąć
ani jednego więcej mięśnia. I tak leżę. I leżę. I czekam aż
ktoś się nade mną zlituje. Jeśli małż ma akurat drugą zmianę
w pracy, to zlitować mogę się nad sobą jedynie ja sama. Więc
pochłaniam byle jaką kanapkę i lezę do sypialni , po schodach
(ojj jak te schody bolą wtedy!), biorąc kilka gazet i telefon. I
idę spać.

Ostatnio umarła jedna z
rezydentek domu opieki, w którym pracuję. Wszyscy chodzili jacyś
tacy.. dziwni. Jednocześnie smutni i rozczarowani, z drugiej strony
widać było niesamowitą ulgę na ich twarzach. Ja to rozumiem,
przypadek tej pani był wyjątkowo uciążliwy – dla pracowników
ale i dla niej samej. Miała potworne odleżyny i rany na całych
nogach i plecach, co nie dość, że ją bolało (potrafiła całymi
dniami jęczeć), to niestety wydzielało niezbyt przyjemny zapach.
Ja na szczęście nie musiałam tego oglądać ani opatrywać, nie
należy to do moich obowiązków, ale wszyscy o tym rozmawiali po
cichu kręcąc tylko głowami. Dopiero syn tej pani zlitował się
nad nią i przy kolejnych odwiedzinach wezwał karetkę, która
zawiozła ją do szpitala. I tam, po kilku dniach Phillis umarła.
Mam nadzieję już nie cierpi. Była taką uroczą staruszką..

I wiecie co… takich
historii jest tam ponad setka. I oglądam takie sceny codziennie.
Staruszki z potworną demencją, po wylewach, udarach, zniedołężniałe
i nie wiedzące gdzie są i co się z nimi dzieje. Tylko jedna z
nich, Kathlyn, jest jeszcze świadoma tego kim jest, gdzie jest i
można z nią porozmawiać. Choć pewnie już nie długo, bo niestety
coraz częściej i wyraźniej pojawiają się u niej oznaki
demencji..

Jest jeszcze druga część
domu opieki, do której prowadzi korytarz wyłożony pięknym
tropikalnym parkietem.. Nowa część budynku to dwupiętrowy dom
opieki dla osób młodych. A więc młode kobiety i mężczyźni jak
roślinki. Pod maszyneriami, bez rąk i nóg, po ciężkich wypadkach
po których stracili pamięć i nierzadko rozum. Widziałam tam
przystojnego mężczyznę w moim wieku – sparaliżowany,
powykręcany i w śpiączce. Widziałam 39 letnią kobietę po
udarze, która co dzień rozmawia ze swoimi porcelanowymi lalkami
stojącymi na szafce obok jej łóżka. Niestety, nikt nie rozumie co
mówi, nawet nie wiadomo czy ona sama siebie rozumie… Ale nie, tam
jeszcze nie pracowałam. Na początek przydzielili mnie do starszej
części, gdzie przebywają rezydenci powyżej 60 roku życia. Latam
ze ścierą i mopem, podaję im soczki, ścielę łóżka,
dezynfekuję umywalki w ich pokojach, ramy łóżek aż po klamki w
drzwiach. Odkurzam. Jestem jak pieprzony ruski automat, do
wszystkiego i do niczego. I kurwa, jestem tak wykończona fizycznie i
psychicznie… Ale daje mi to satysfakcję. O co nigdy nie
podejrzewałabym siebie.

na swoim

1 komentarz

Nie mam ostatnio ani siły
ani możliwości na blogowanie. W miniony weekend pojechaliśmy do Shefford podpisać dokumenty
w agencji nieruchomości i dostaliśmy klucze do „naszego”
małego cluster house (w którym
jeszcze nie ma Internetu.. ale niebawem to załatwimy). Przeprowadzka
nie była ani długa ani męcząca, numer naszego domu zmienił się
jedynie z 24 na 34, reszta adresu została jak była :) Z resztą nie
mieliśmy praktycznie żadnych mebli, jedynie stosy ubrań (moich),
kilkanaście książek, trochę elektroniki.

Wszystko wydaje się być w
porządku, ale jednak nie jest. Agencja nieruchomości dała nam
pokaźny plik papierów do przeczytania. Wśród nich informacje na
temat konieczności wentylowania pomieszczeń w domu (ich ulubione
słowo „condensation”) i sposobach zapobiegania powstawaniu
grzyba (pleśni). Super! Bardzo dziękuję za wątpliwe oświecenie
mnie w kwestii utrzymywania czystości i porządku! Tylko dlaczego,
do jasnej cholery, w kuchni na oknach i w łazience za umywalką i
przy wannie beztrosko plumka sobie cała kolonia czarnego grzyba?!
Czy może dlatego, że szanowna pani Doherty liczy na moją
ignorancję i ma zamiar obciążyć mnie kosztami, kiedy już
przyjdzie nam się wyprowadzać, za wyhodowanie pleśni? O nie. Niech
ja tylko tam zadzwonię. Albo nie. Lepiej zamailuję. I zrobię coś
jeszcze. Nie byłabym sobą, gdybym nie załączyła pięknych
artystycznych zdjęć pana grzyba. Więc załączę. Równie piękne
jak te w ulotce mówiącej o tym, do jakiego stanu NIE POWINNO się
doprowadzić domu. I napiszę jej, że syf jest. I że ma ktoś
przyjść i to posprzątać, bo jak nie to wiecie. Zirytuję się
mocno. Bardziej niż zwykle w każdym razie. Reszta jest we względnym
(nie)porządku. Dom jest malutki, ale przytulny. Mamy nawet kawałek
trawnika przed domem i kawałek ogrodzonego ogródka z boku. Duże
drewniane okna, wszystkie niezbędne sprzęty w
kuchni, trochę mebli. Jedyny minus to brak przedpokoju, co znaczy
tyle, że wejście jest wprost do
salonu. Ale nie ma tragedii. Na pięterku mamy sypialnię i łazienkę,
na dole wspomniany już salon,
kuchnię i dziwną przestrzeń obok i pod schodami, którą nie wiem
jak zagospodarować. Pewnie
zrobi się tam graciarnia pod tytułem mop odkurzacz i stos
przydasiów. Postaram się za kilka dni
wrzucić jakieś zdjęcia, co by zainteresowani czytelnicy mogli
sobie po-podglądać zIrytowany
domek na wsi :) No i na koniec chciałam
jeszcze dodać, że zarówno ja jak i małżon mamy pracę, pracujemy
i jesteśmy potwornie wykończeni. Ale praca jest. I jest to temat na
zupełnie osobną notkę…


  • RSS